wtorek, 23 grudnia 2014

CAPITULO 11. - RATUNEK

To jest prawdziwa przyjaźń - 
- osłaniać innych nawet kosztem siebie.
- Stefan Wyszyński


   Obudziłam się w łóżku, które było nawet wygodne. Znajdowała się na ni świeża, biała pościel, która dodawała miękkości. Po prawej stroni stała szafka, a po drugiej znajdowało się okno. Pomieszczenie nie było szare. Kolor miał odcień brązu. Nie było tutaj żadnych spartańskich warunków, tak jak przedtem. Nawet było całkiem przytulnie. Oczywiście sporo jeszcze można byłoz mienić. Na przykład dodać więcej mebli.
    Rozejrzałam się. Tuż obok mnie siedziała i czuwała Julita. Oprócz niej w pokoju gościł Jared. Co całkiem mnie zaskoczyło. Moja była przyjaciółka głaskała mnie po czole cały czas patrząc na moją twarz. Chłopak natomiast stał tuż przy drzwiach i w ogóle nie zwracał na mnie uwagi, co wydawało się bardzo dziwne. A więc z ucieczki nici. Nie udało mi się. A teraz z pewnością będą mnie jeszcze bardziej pilnować, więc zostanę tu przez dłuższy czas. Super.
   Chwyciłam się za głowę, ponieważ czułam w niej okropne pulsowanie. Miałam nadzieję, że jakoś dłońmi je zatrzymam, ale oczywiście na nic się to zdało. Towarzysząca mi brunetka od razu się ruszyła. Spojrzała na mnie i lekko się uśmiechnęła.
   - Cześć. Jak się czujesz? - odezwała się dobrze mi znanym śpiewnym głosem.
   - Uhm... Okej - wyjąkałam lekko zaskoczona jej zainteresowaniem.
   Próbowałam w głowie przypomnieć sobie co właściwie się wydarzyło i jak tutaj się znalazłam. Pamiętałam promienie słońca, które zaczęły mnie palić podczas próby ucieczki i głośny krzyk Julity. Potem przywołałam w pamięci rozmowę z matką. Wiedziałam dokładnie co się stało, ale nie chciałam w to wierzyć. Należałam do ciemności i miałam umrzeć. Jedynym ratunkiem było zabicie Emmanueli, co było nie do uwierzenia. Dlaczego akurat ona miała umrzeć? Przecież to jakieś pogmatwane i nie trzymało się całości. Spojrzałam na Jareda. To właśnie przez niego to wszystko się stało. Mógł mi dać umrzeć kiedy los tego chciał, a nie ratować i skazywać na takie coś. Teraz w mojej głowie mieszały się straszne myśli. W końcu chciałam żyć. Mogłam być do wszystkiego zdolna pod wpływem impulsu, jednak wiedziałam, że w końcu i tak dopadną mnie wyrzuty sumienia. A wtedy moje życie stanie się istnym piekłem.
   - Nienawidzę cię - krzyknęłam w stronę chłopaka. - To wszystko przez ciebie! - dodałam.
   Czułam, że złość coraz bardziej we mnie rośnie. Musiałam to z siebie wyrzucić, inaczej eksplodowałoby to w jakimś niewłaściwym momencie. Brunet spojrzał na mnie lekko zaskoczony, jednak po chwili odwrócił wzrok. Może nie spodziewał się tego, że wybuchnę, ale powinien wiedzieć, że go nienawidzę. Przynajmniej nie ukrywałam przed nim prawdy, tak jak on przede mną. Nie mogłam w to uwierzyć, że gdy pierwszy raz go zobaczyłam spodobał mi się. Teraz wydawał mi się wstrętny. Zaczęłam zastanawiać się dlaczego tutaj był? Przecież mógł odwrócić się na pięcie i wyjść. Ale jednak stał w tym pomieszczeniu i słuchał mojego wielkiego wrzasku. Może dostał nakaz od Fasthora, aby mnie pilnować, czy coś w tym stylu. Ale przecież była tu Julita, a skoro należała do nich to nie potrzeba było kolejnych strażników. Musiałam wykorzystać tę okazję. Może w końcu zlituje się nade mną i da mi odpowiedź na nurtujące mnie pytania.
   - Dlaczego mi nie powiedziałeś, że umrę? Dlaczego nie wyjaśniłeś warunku, dzięki któremu mam żyć? - powiedziałam trochę spokojniej. - Dlaczego w ogóle mnie ratowałeś?
    Poczułam, że po policzku spływa mi łza. Szybko ją obtarłam, tak aby nikt jej nie zauważył. Nie chciałam pokazywać, że jestem słaba. Mogli to przecież wykorzystać. Musiałam być silna. Spojrzałam na Julitę. Jej wyraz twarzy jednak był cały czas taki sam. Widać było, że nie jest zaskoczona moim zachowaniem, a wręcz przeciwnie spodziewała się mojego wybuchu złości. Chociaż ona.
    Podparłam się na łokciach próbując się podnieść. Po kilku sekundach męczących starań w końcu się to udało. Julita otworzyła buzię nabierając powietrza, tak jakby chciała coś powiedzieć. Po chwili jednak się poddała. Zerknęłam na nią. Nadal byłam na nią zła, za to co zrobiła. Właściwie przez nią jestem jakimś dziwnym stworzeniem. To ona sprawiła, ze zaczęłam wątpić w moją babcię i jej prawdziwość, niewinność. To ona mnie tu przyprowadziła, żeby mnie przekonać do tego jaka jest prawda. Faktycznie, przekonałam się. Jednak wyraz jej twarzy sprawiał, że chciałam ją przytulić i pocieszyć. Jej oczy wyrażały ogromny smutek. Były lekko podpuchnięte, jakby od płaczu. Pierwszy raz widziałam ją bez makijażu. Coś musiało sprawić, że tak się zachowywała. Wydawało mi się, że ją znam. W końcu te kilka lat razem w przyjaźni sporo dla mnie znaczyły. Nigdy nic między nami nie stanęło, a teraz..
   - Nie wiedziałam... - zaczęła moja towarzyszka. - Nie wiedziałam, ze tak wyjdzie. - dodała po chwili spuszczając wzrok.
   Nie odezwałam się. Nie wiedziałam co mam jej odpowiedzieć. Nie wiedziałam, czy mogę jej ufać. W końcu po tym co zrobiła, nie było to łatwe zadanie.
   - Powiedzieli mi, że odzyskam dziadka jeżeli cię tutaj sprowadzę - odezwała się znowu. - Że znowu zacznie żyć. A ciebie zmienili w jednego z tych potworów. Tak jak i mnie - spojrzała mi prosto w oczy. - To ja go zabiłam... Chciałam żyć. Ale obiecali, ze go mi wrócą! - teraz jej słowa przerodziły się w krzyk, któremu towarzyszyło łkanie.
   Objęłam ją niepewnie. Po chwili jednak ona odwzajemniła mój uścisk. Czułam, że po moich policzkach spływa coraz więcej łez. Nie wiedziałam, czy to z mojego losu, czy z powodu historii przyjaciółki. Wiedziałam, że mówiła ona szczerze. Byłam tego stu procentowo pewna.
    - Co teraz będzie? - odezwałam się w końcu uwalniając się z uścisku.
    - Wiesz co musisz zrobić. Nie ma innego wyjścia - tym razem odezwał się Jared.
    Obie spojrzałyśmy w jego kierunku. Zupełnie napomniałam, ze cały czas tu stoi.
    - Co? - odpowiedziałam nie rozumiejąc tonu jego głosu.
    - Dobrze wiesz. Nie wiem dlaczego miałem wyrzuty sumienia. W końcu nie powinienem ich mieć, dlatego powodzenia - dodał i wyszedł.
    Wymieniłyśmy z Julitą znaczące spojrzenia. Nie rozumiałam jego zachowania. To wszystko było pogmatwane. Milczałyśmy oby dwie, nie wiedząc co powiedzieć.

     Nagle usłyszałyśmy głośne wrzaski, stukot i innego podobnego rodzaju dźwięki. Obie wstałyśmy przestraszone, ponieważ głosy stawały się coraz głośniejsze, co musiało oznaczać, że chodzi o nas. Automatycznie chwyciłyśmy się za ręce. Moje serce waliło, jak oszalałe, a oddech zaczął zamierać. Nie myślałam już o bólu i zmęczeniu. Wiedziałam, że dzieje się coś złego.
  Po kilku męczących minutach do pomieszczenia wbiegł Anthony. Spojrzałam na niego oszołomiona. Chłopak był cały spocony i dlatego też czuć było od niego nie miły zapach. Ubrania były poniszczone, w niektórych miejscach lekko podarte. Wory pod oczami świadczyły, że sporo nie spał. Chwycił mnie za rękę, wyrywając z uścisku Julity. Rzucił do niej gniewne spojrzenie,a po chwili swój wzrok przeniósł na mnie.
     - Musimy się stąd wydostać - powiedział i zaczął ciągnąć mnie do wyjścia.
     - Ale słońce... Nie dam rady - dodałam pośpiesznie.
   Chłopak zatrzymał się. Na jego twarzy pojawiło się o wiele więcej zmarszczek. Chyba nie spodziewał się tego. Ucieczka w tym wypadku była o wiele za trudna.
     - Należysz do nich... - powiedział w końcu unikając mojego wzroku.
     Po chwili Julita podeszła do nas i wręczyła mi naszyjnik, który przed chwilą jeszcze miała na sobie.
    - Masz. On cię ochroni - powiedziała.
     Zaskoczyła mnie swoimi słowami. Widać było, że jej historia była prawdziwa i na prawdę nie chciała mnie skrzywdzić. Walczyła dla swojej rodziny.
    - Ale co z tobą? - zapytałam.
   - Poradzę sobie. Mnie tutaj jeszcze dobrze traktują. Po twoim wybryku, na pewno nie miałabyś życia.
    Brunetka przytuliła mnie jednocześnie posyłają Anthony'emu znaczące spojrzenie. On również zerknął na nią zdziwiony, ale nic nie powiedział. Pociągnął mnie za rękę w stronę wyjścia. Zdążyłam jeszcze powiedzieć 'dziękuję', w stronę przyjaciółki, potem zniknęła mi z oczu.
   Biegłam za moim towarzyszem, ponieważ tempo jego chodu było zdecydowanie dla mnie za szybkie. Długi korytarz ciągnął się w nieskończoność. W końcu skręciliśmy w jedno z rozwidleń. Nie znałam tego miejsca. W końcu mieliśmy kierować się do wyjścia, a ta droga zdecydowanie nie prowadziła w tamtą stronę. Poza tym byłam zaskoczona tym, że brunet tak dobrze zna budynek i te wszystkie "uliczki". Chłopak jakby widząc moje zakłopotanie odezwał się.
      -Wyjdziemy tylnym wyjściem. Tam czeka na nas królowa - dodał.
    Nie odzywałam się, nie protestowałam. Po prostu szłam. Chciałam jak najszybciej opuścić to koszmarne miejsce, które przyprawiało mnie o dreszcze. W końcu nie spotkało mnie tutaj nic dobrego.
   Po kilku setkach męczących kroków w końcu doszliśmy do małych, drewnianych drzwi. Wyglądało to, jak wyjście dla służby, czy coś w tym rodzaju. Aby się wydostać musieliśmy się schylić. Ponieważ górna granica sięgała na wysokość mojej szyi.
       Kiedy wyszliśmy na zewnątrz od razu spostrzegłam Emmanuelę oraz coś auto podobnego. Może i był to samochód, jednak tak stary i tak fikuśny, że nie byłam właściwie tego taka pewna. Królowa przytuliła mnie od razu i wpakowała do pojazdu. Anthony usiadł za kierownicą i ruszyliśmy. Może i zostałam uratowana, jednak to nie było koniec mojej przygody, a zaledwie początek...

Cześć wszystkim. :) Ostatnie zdanie dokładnie ilustruje postęp opowiadania. To w końcu jest zaledwie początek. Miałam mały zanik weny, ale w końcu mnie oświeciło. Nie jestem dumna z tych moim wypocin. Po prostu coś słabo mi poszło, może to przez to, że w mojej głowie cały czas krążą myśli na temat świąt. :) Post pojawi się raczej już w nowym roku. Chyba że zdążę napisać coś wcześniej.


Tak więc życzę wam wesołych, pogodnych, zdrowych, spędzonych w gronie rodzinnym świąt. Dodatkowo życzę mega sylwestra i szczęśliwego nowego roku! <3

Zapraszam do komentowania rozdziału i z góry dziękuję za wszystkie wpisy :*

poniedziałek, 8 grudnia 2014

CAPITULO 10 - CZAS NA DEZYCJE

Ludzie tęsknią za całkowitą odmianą,
a jednocześnie pragną, by wszystko pozostało takie jak dawniej.
- Paulo Coelho

    Podniosłam się powoli z łóżka, na którym właśnie leżałam. Starałam się oddychać głęboko, tak jak zazwyczaj robili to na filmach w jakiejś napiętej i strasznej sytuacji. Liczyłam jednak na to, że zaraz nie wyskoczy na mnie jakiś potwór, ani sama nie stanę się jakimś człowiekiem pająkiem, czy innym magicznym stworem. Moje życie podobno miało być teraz całkowicie zmarnowane, nawet śmierć miała być od tego lepsza, więc nie wiedziałam na co mam liczyć. Jak na razie wszystko było ze mną dobrze. Właściwie nie czułam się jak, jakbym przed chwilą została uratowana od śmierci, ani skazana na cierpienie. 
    Siedziałam i rozmyślałam nad tym wszystkim zadając sobie milion dziwnych pytań, na które nie znałam odpowiedzi. W końcu jednak usłyszałam głosy na zewnątrz, które stawały się coraz głośniejsze. Po chwili drzwi pomieszczenia, w którym się znajdowałam otworzyły się. Jednak nie stanęła w nich postać, na którą czekałam. Wydałam lekki dźwięk zawiedzenia. Chociaż nie chciałam się sama sobie przyznać, że liczyłam na przyjście innego bruneta. Podszedł do mnie nie kto inny, jak sam przywódca piekła - Fasthor. Od razu poczułam się przerażona. On po prostu taki był. Zimny, przerażający, bez uczuć. Idealnie go znałam, mimo że spędziłam tutaj kilka godzin. 
       - Witaj maleńka. Jak pierwsze wrażenia? - zapytał łapiąc mnie za podbródek.
     Ja automatycznie odwróciłam głowę. Jego dotyk był taki... lodowaty. Po prostu sprawiał niemiłe uczucie, którego nie miało się ochoty powtórnie doświadczyć. Chciałam jednak, żeby powiedział mi co się ze mną stało, albo będzie działo. W końcu to on wspomniał Jaredowi o tym dziwnym wyborze, który miał mnie uratować. Dlaczego miałabym mieć zmarnowane życie? Nie chciałam się tego dowiadywać na własnej skórze w przyszłości. Chciałam wiedzieć teraz, zanim było za późno. 
       - Widzę, że ktoś się tutaj nie wyspał. Nie przejmuj się. To nie jedyna taka sytuacja - po tych słowach uśmiechnął się zadziornie.
       - Która godzina? - zapytałam przestraszona.
      - Kochana za chwilę zacznie świtać. Lepiej połóż się spać - dodał, a potem opuścił pomieszczenie zostawiając mnie samą.
    Nie rozumiałam jego słów. Nie wiedziałam, czy chciał udawać, że jest miły, czy po prostu jego celem było przestraszenie mnie. Obstawiałam to drugie, jednak coraz mniej byłam co do niego pewna.
    Zauważyłam, że mężczyzna nie zamknął za sobą drzwi. Z pewnością zrobił to umyślnie. W końcu był władcą piekieł. Nic co robił nie było przypadkowe, no chyba że był jakimś głupcem, który nie zwraca uwagi na to co robi. Moja ciekawość przeważała jednak nad rozsądkiem. Bałam się, ale musiałam rozwikłać zagadkę na temat tego, co się ze mną stało. Tym bardziej, że była jeszcze noc, a ja nie mogłam spać. Czułam się, jakby to był środek słonecznego dnia.
     Wstałam z łóżka i podeszłam do wyjścia. Rozejrzałam się dookoła, żeby zobaczyć czy ktoś mnie nie obserwuję. Kiedy w końcu byłam pewna, że okolica jest pusta zaczęłam kierować się długim korytarzem. Było tutaj strasznie ciemno, ale mimo to wszystko widziałam. Po obu stronach otaczały mnie ściany pokryte jakimiś rysunkami. Zatrzymałam się na chwilę aby się im dokładnie przyjrzeć. Jeden przykuł moją uwagę. Po lewej stronie narysowany był księżyc, a po prawej słońce. Na środku stało jakieś stworzenie, które prawdopodobnie zmieniało się w jakiegoś potwora. Po wyrazie twarzy można było wywnioskować, że to coś okropnie cierpiało.
       Postanowiłam nie zwracać na to uwagi i dalej iść przed siebie. Gdzie szłam? Nie wiedziałam. Liczyłam jednak na to, że wkrótce znajdę odpowiedź. W pewnym momencie poczułam silne uderzenie. Przewróciłam się na ziemię. Gdy tylko się lekko otrząsnęłam spojrzałam w górę. Nade mną stał lekko zdziwiony Jared. W jego oczach widziałam przerażenie. Prawą ręką trzymał się za brzuch. Widocznie zderzyliśmy się i właśnie tamto miejsce najbardziej u niego ucierpiało.
        Chłopak wpatrywał się na mnie. Wiedziałam, że nie mogę liczyć na jego pomoc we wstawaniu, dlatego sama podniosłam się z ziemi. Uśmiechnęłam się do niego, mając nadzieję, że to zmieni chociaż trochę jego dziwny wyraz twarzy. Po chwili jednak oprzytomniał i chciał mnie wyminąć, aby kontynuować swoja podróż. Jednak ja uniemożliwiłam mu to chwytając za nadgarstek. Nie wiem dlaczego to zrobiłam. W końcu byłam od niego o wiele słabsza. Mógł mi się spokojnie wyrwać i odejść.  Jednak tego nie zrobił. Szarpnął się, jednak nie dało to określonego skutku. Spojrzałam na niego zaskoczona. Czyżbym była aż tak silna dzięki tym treningom u Emmanueli? Uśmiechnęłam się do mojego towarzysza i po chwili się odezwałam.
        - Teraz mi wszystko wyjaśnisz - powiedziałam.
        Jared zaczął udawać zaskoczonego. Zaczął mówić, że nie wie o co chodzi, że się śpieszy i mam go puścić. Ja jednak nie miałam zamiaru go słuchać.
       - Widziałam wszystko. Jak mnie naznaczyłeś swoją krwią - powiedziałam stanowczo. - Podobno zrujnowałeś mi życie. Należą mi się wyjaśnienia.
       Chłopak spojrzał na mnie. Wiedział, że z tego się nie wykręci. Będzie musiał wyjawić mi prawdę prędzej, czy później. To była jego sprawka.
       - Kochanie. Uratowałem ci tylko życie. Radź sobie sama - odpowiedział i z ogromną siłą wyrwał się z mojego uścisku. - Uważaj na słońce - dodał i odszedł.
       Patrzałam za nim jak odchodzi. Tupnęłam nogą w podłogę ze złości. Narażają mnie na takie coś, a potem nie chcą mówić prawdy. Musiałam się stąd wydostać. Wrócić do Emmanueli, a skoro nikt się mną nie martwił nie musiało być to jakimś wielkim problemem. Najgorsze jednak w tym wszystkim było to, że nie pamiętałam drogi do drzwi. Jednak metodą prób i błędów na pewno ją znajdę.
        Szukając drogi powrotnej zaczęłam ponownie rozmyślać nad tym wszystkim co mnie tutaj spotkało. Nie rozumiałam pobudek Julity. Mówiła, że przekona mnie, ze tutaj jest bezpiecznie, że to Emmanuela jest zła. A tymczasem byłam w jakimś piekle z Fasthorem na karku i Jaredem, który z każdą chwilą stawał się coraz dziwniejszy. Raz ratował mi życie, a drugim razem zbywał zostawiając bez wyjaśnień. Widocznie moje życie nie było zmarnowane, ponieważ nie zmieniałam się w jakiegoś wampira, czy innego stwora, który często pojawiał się w filmach. To wszystko było pokręcone. Podobno miałam walczyć z tą całą ciemnością, jakoś nie potrafiłam sobie z nimi poradzić. Chciałam wrócić do domu, tego prawdziwego. Miałam gdzieś już to całe królestwo i Elitrokię. Chciałam wieść normalne życie. Nikt się mną nie kierował. Emmanuela wraz z Anthonym nawet nie pofatygowali się, żeby mnie uratować. Może i widziałam ich w śnie, ale nie wiedziałam czy to była jakakolwiek prawda. Nie miałam żadnej pewności. Z każdą chwilą mój gniew narastał.
           W końcu znalazłam to, czego szukałam. Przede mną stały wielkie drzwi. Miałam je otworzyć i się stąd wydostać. Chwyciłam za klamkę i w tym samym momencie usłyszałam za sobą głos mojej byłej przyjaciółki Julity.
          - Fency! Nie! Nie rób tego! - krzyknęła.
        Ja jednak nie miałam zamiaru jej słuchać. Tyle razy mnie oszukała, więc nie warto było jej ufać. Pewnie chciała zaprowadzić mnie do Fasthora i naskarżyć, że chciałam uciec. O nie. Nie będę taka łatwowierna.  Jednym zamachem otworzyłam masywne drzwi.
        Gdy tylko się otworzyły poczułam pieczenie na całym ciele. Coś mnie oślepiało. Próbowałam zakryć się rękami, jednak to nic nie dawało. Ból był nie do zniesienia. Czułam się, tak, jakbym za chwilę miała się całkowicie rozpuścić. Jak bałwan latem.  Nie wiedziałam co zrobić. Po chwili poczułam, że moja kontrola nad ciałem zanika. Przed oczami pojawiły się mroczki. Osunęłam się na ziemię, a potem pogrążyłam się w śnie.

***
        Znajdowałam się w jakimś dziwnym miejscu. Było to wielkie pomieszczenie, jednak puste i całe białe. Jego biel strasznie raziła mnie w oczy. Rozglądałam się dookoła, jednak nie widziałam nic innego poza tym cholernym kolorem. Wiedziałam, że to kolejny dziwny sen spowodowany zdarzeniem spod drzwi domu Fasthora. Jednak każdy z moich snów dawał odpowiedź na jakieś pytanie i powodował, że czułam się lepiej z tym wszystkim co mnie spotkało. No i w każdym z nich pojawiła się... moja mama.
        Kiedy tylko pomyślałam o najważniejszej dla mnie osóbce, kobieta pojawiła się tuż obok mnie po prostu znikąd. Gdy tylko ją ujrzałam uśmiechnęłam się. Tylko ona nigdy mnie nie oszukała. Była szczerza, kochająca, wspierająca. To właśnie dzięki niej miałam siłę tkwić w tym magicznym królestwie. Gdyby nie ona już dawno byłabym w swoim domu na ziemi.
       - Witaj kochanie - odezwała się.
      Objęła mnie ramieniem. Jednak tym razem nie poczułam tak mocno jej uścisku, jak wtedy kiedy umierałam. Jednak cieszyłam się mimo wszystko z jej obecności.
      - Co się dzieje? - zapytałam. - Może ty mi dasz odpowiedź.
      Spojrzałam na nią w nadziei, że poznam odpowiedzi na te wszystkie pytania. Liczyłam na to, że dowiem się jak ma się zmienić moje życie i dla czego będzie zmarnowane. Mama zerknęła na mnie nie przestając się uśmiechać. Wiedziałam, że nawet najgorsza prawda z jej ust będzie brzmiała dla mnie kojąco.
      - Jak pewnie wiesz... - zaczęła. - Miałaś umrzeć. Jared cię uratował. Naznaczył cię swoją krwią - dodała. - On, tak jak pozostali członkowie jego rodziny należą do ciemności. Tak samo płynie w ich żyłach jej krew.
      - Oh - jęknęłam, ponieważ wiedziałam co zaraz usłyszę.
      - Tak więc, dzięki temu rytuałowi ty stałaś się również córką ciemności.
      - I co teraz ze mną będzie? - zapytałam, a do oczu zaczęły napływać mi łzy.
     Że też zgodziłam się na to, żeby tutaj zostać. Spokojnie mogłam siedzieć na ziemi, a moje życie byłoby cały czas cudowne, a teraz jest jednym wielkim bagnem.
      - Rytuał się jeszcze nie ukończył. Na razie będziesz miała przejawy mocy ciemności. Noc będzie twoim panem, a dzień wrogiem. Dlatego słońce tak na ciebie zadziałało - dodała kobieta spokojnym głosem.
      - Ale kiedy rytuał się ukończy? - zapytałam.
      - Będziesz musiała zabić królową słońca, czyli Emmanuelę. Wtedy staniesz się jedną z nich - tym jednak razem kobieta zrobiła smutną minę. - Jeżeli nie zrobisz tego w przeciągu 72 godzin wtedy umrzesz i nic nie da rady cię uratować.
      Spojrzałam na matkę. Mimo wszystko byłam blisko Emmanueli. Nie mogłam jej zabijać. Jednak nie chciałam też umierać. Już wcześniej mogli mnie zostawić losowi zamiast powodować takiej szopki. Wszystko to było skomplikowane. Nie chciałam tak żyć. Chciałam żeby to wszystko się cofnęło. Chciałam mieć imprezę urodzinową, moje porsche, moich przyjaciół... Nie miałam pojęcia co robić. Cokolwiek bym zrobiła i tak nie dałoby określonego skutku. Wolałam umrzeć, niż żyć z morderstwem na sumieniu. Więc zostało mi tylko jedno - śmierć.

Cześć. Rozdział króciutki, dlatego że nie chciałam zbytnio się rozpisywać, ponieważ wtedy rozdział zająłby zbyt wiele miejsca, a czytanie dla was byłoby jeszcze gorszą męczarnią. :) Mam nadzieję, że się podoba. Chociaż mnie w pełni nie zadowala. Miałam inną wizję w mojej głowie, jednak słowa nie opisują tego tak świetnie. Przy okazji zapraszam was na mój drugi blog -> TUTAJ